wtorek, 31 grudnia 2013

Skarpeta, czyli Pan Bonifacy.

Tutaj zostaje opisana historia przybłędy z roku 2011, przez którego Sonia przez dłuższy czas bała się oddalać, a nawet wychodzić z domu.

Sonia była gdzieś w terenie na polowaniu, kiedy to domu wprosił się łaciaty, wielki kocur. Oswojony, garnął się do ludzi. Aż nadto śmiały. Pojawił się tak nagle, bezdomniaki to rzadkość w mojej okolicy. Oczywiście przyszło mi na myśl żeby go wziąć do siebie - ale oprócz sprzeciwu rodziców ("sąsiadka kociara, ona na pewno się nim zajmie"), była jeszcze Sonia.
Skarpeta (jak go nazywałam) był fajnym kotem. A przynajmniej do momentu, w którym spotkał się z Sonią. On się nie bał, jak zawsze bardzo pewny siebie. Za to strachliwa Somcia, która przy takim kocie nie pozwalającym sobie na chwilę zawahania, była przerażona i zagubiona. Nie mogła spokojnie przechadzać się po ogrodzie, bo ten gdzieś tam siedział (raz gonitwa zaszła tak daleko, że nawet w domu nie mogła znaleźć schronienia). Z każdym ich spotkaniem traciła pewność siebie. To musiało się źle skończyć.
Kocur faktycznie został przygarnięty przez sąsiadkę (mieszkający już tam kot to Filemon, on więc nazywał się Bonifacy). Dzięki nowemu domowi trochę rzadziej do nas zaglądał. Wielokrotnie go przeganiając chciałam mu uświadomić, że do nas nie ma wstępu. A jednak zupełnie przychodzić nie przestał. 
Oskarżałam go głównie przez domysły, ale to on najbardziej wyglądał na sprawcę. Jednego dnia późnym wieczorem odnalazłam ukrywającą się w garażu Sonię, z obolałym ogonem i - jak później się okazało - z gorączką i ropieniem (prawdopodobnie). Według mnie, podczas kolejnej ucieczki przed Bonifacym, zrobiła coś sobie zeskakując z drzewa. Swoje waży, o coś takiego nietrudno. 

Pan Bonifacy przytył, być może został wykastrowany i nie rusza się z domu (o ile jeszcze tam jest). Już nie sprawia żadnych problemów.