niedziela, 19 października 2014

I po kamieniu

Żyjemy! Wtorek był dniem pełnym nerwów i niepewności, ale wszystko poszło pomyślnie i mamy to za sobą. Mi kamień spadł z serca, a Soni z zębów:) To może wszystko od początku. 

Mimo wolnego dnia wstałam wcześnie rano i czuwałam, żeby kto Soni nie wypuścił lub czegoś nie zjadła. Głodziłam ją do 10, schowała się jeszcze pod łóżko, ale z ufnością przyszła (z myślą, że wreszcie ją nakarmię) i wpakowałam ją do transportera. Nie wiem, kto bał się bardziej, ja czy Sonia.

Nawet się tak bardzo nie trzęsła, wiedziała, że zawsze ją zabieram z powrotem... ciężko mi było ją tak zostawić... ale to przecież dla jej dobra. Wet zabrał książeczkę, wyniki badań krwi, kota i tyle. Jakby co miał dzwonić, odbiór po południu. Mówił, że ochłonie, znieczulą ją i oczyszczą ząbki, w razie potrzeby usuną jakieś zęby.
Sonia była okropnie przerażona i nie widziała co się dzieje, ja z bólem serca pojechałam do pustego domu, w którym nie było kota.


Przez te wszystkie godziny za każdym razem, gdy dzwonił telefon podrywałam się, bojąc się, że zadzwoni weterynarz i powie "Bardzo nam przykro, ale...". Próbowałam w nerwach myśleć pozytywnie i doczekałam jakoś do tej 17.
Mimo, że wszystko powinno być w porządku nie byłam spokojna jadąc tam. 

niedziela, 12 października 2014

Ściągamy kamień

Niestety do tego doszło, kamień nie zniknął w cudowny sposób. Czas minął strasznie szybko, jeszcze niedawno miałam do tego wiele tygodni, zwlekałam jak najdłużej... a to już zaraz, dzwonię w jutro umawiać się na wtorek (oby tylko się dało). Szukałam odpowiedniego dnia, ten może być, bo wolne, chociaż fajnie by było, gdybym dzień po zabiegu też była, ale co zrobić. Jakoś sobie poradzimy. 


Od kilku dni jestem cała w nerwach. Z Sonią wszystko w porządku, jest zdrowa, badania była robione niedawno (nie robimy ich teraz, mam nadzieję, że nic się nie zmieniło), wszystko powinno pójść dobrze. Trzeba to zrobić teraz, bo później będzie tylko gorzej, ona coraz starsza. To w końcu dla jej dobra.
Teraz jest tylko brzydki kamień (zaglądam jej do paszczy codziennie), nie śmierdzi, nie ma zapalenia i lepiej do tego nie doprowadzić.