środa, 14 października 2015

Przetrwałyśmy operację! - przeżycia z ostatnich dni. A co będzie dalej?

Zabieg w końcu nadszedł, czas spędzony w niepewności minął bardzo szybko. Kilka dni przed wyznaczonym terminem ciągle się denerwowałam i do granic możliwości wymyślałam co się może stać. Sonia tymczasem zachowywała się jak zwykle (przez co smutno mi się robiło, gdy na nią patrzyłam). Z pewnych powodów przed operacją post się nie pojawił, ale miałam nadzieję, że ktokolwiek o Sonieczce pamiętał we wtorek 6 października.
(A teraz długie opisy, które jednak chcę mieć na blogu, mam nadzieję, że aż tak Was nie zanudzę).

Dzień operacji
We wtorkowy poranek Soń była nieco zdezorientowana - od rana, mimo budzenia o tej godzinie co zawsze (piąta) nie dostała jedzenia. Co chwilę była też głaskana i pilnowana. Próbowała uciec, ale jej się nie udało, została zapakowana do transportera. Przyjęła ją inna pani weterynarz niż ta, która miała robić zabieg. A to oznaczało tłumaczenie wszystkiego od nowa... najgorsze było to, że musiała siedzieć samiutka gdzieś w klatce przez całe cztery godziny. To musiał być dla niej ogromny stres.
Nie było mnie przy tym, może i dobrze. Patrzeć jak ją zabierają? Kiedy już się uspokoiła, bo zawsze wraca do domu? Chyba faktycznie lepiej, że siedziałam w tym czasie w szkole. Lekcje były bardzo męczące i przepełnione myślami o Soni.
Bałam się, że wrócę do domu i dowiem się czegoś okropnego, czegoś, czego nie mogę sobie wyobrazić, myśl, którą odrzucałam od siebie wielokrotnie. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca, ale wciąż czekałam na decydujący telefon. Po 15 pani zadzwoniła - wielka ulga, wszystko w porządku. Jednak Sosia coś powoli wybudzała się z narkozy, więc do odebrania miała być dopiero wieczorem. Po tej informacji poczułam się o wiele pewniej, nie wiedziałam jeszcze w jakim stanie będzie Sonia.